Lokaltreffen der polnisch-deutschen Gruppe

Berlin, 3. November 2013
3. 11. 2013

Lesen Sie zwei Berichte: auf Deutsch und auf Polnisch.

„Er liegt auf niemandes Weg“ – auf Satzsuche im Roten Rathaus in Berlin

Do., 31. 1. 2013

Wieder ein Donnerstag. Ein kurzer allerdings, heute fahre ich nach Berlin, zum TransStar-Lokaltreffen unserer Gruppe.

Endlich bin ich am Bahnhof und genieße die Aufbruchsstimmung am Gleis. Und gerade da frage ich mich, wie es eigentlich ist, wenn der Zug abgefahren ist. Wie ist die Stimmung dann? Wie fühlt sich ein gerade geleerter Bahnsteig an? Wenn die ganze Erwartung und Hektik mit den Reisenden im Zug verschwunden ist?

Im Abteil sind lauter Polen. Die Bahnhöfe, oder besser, Bahnstationen, die wir passieren, sind schlecht beleuchtet und haben keine Uhren.

Und plötzlich Deutschland. Der junge Schaffner klopft höflich an die Tür, als ich hochschaue, kommt er herein. Er lächelt mich fröhlich an, wünscht eine gute Fahrt.

Es ist komisch. Ich bin erst einen guten Monat in Polen, aber schon ist alles dort selbstverständlich. Und hier ist alles fremd.

Während ich das schreibe, kommen wir in Berlin Ost an. Auf einem Gebäude dreht sich der Mercedes-Stern. Das Abteil ist schon lange leer, die Polen sind alle in Polen geblieben, auf dem Gang hört man jetzt deutsche Stimmen.

Unsere Gruppe hat verschiedene Unterkünfte ergattert. Ich werde bis Sonntag bei einem Freund meines Bruders wohnen, in einer richtigen Studentenbude. Älteres Haus, verwinkelter Flur voller Bierflaschen, Stuck an der Decke, Geschirr überall.

Simon öffnet mir die Tür mit Zigarette und Aschenbecher in der Hand. In seinem Zimmer liegen neben einer zusammengerollten Matratze die Kleidung der letzten zwei Wochen, CDs, Teller. Alles durcheinander auf Bett und Fußboden. Sympathisch. Wirklich.

Er ist völlig unkompliziert. Drei Stunden, zwei Teller auf dem Geschirrstapel und zehn Zigaretten später stopft er die Wäsche in einen Korb – vorher hat er noch ein Kopfkissen aus den alten Socken gezogen und glattgestrichen – , rollt die Matratze auseinander, und gibt mir seine Bettdecke, die, zugegeben, etwas nach Rauch riecht.

Fr., 1. 11. 2013

Da das Treffen erst für 14:45 angesetzt ist, bleibt mir noch etwas Zeit, Berlin kennen zu lernen. Begeistert bin ich von einem Bioladen. Wunderschön. Der Mensch an der Kasse duzt mich. Überhaupt, auch der Mann mit den Briefmarken und der mit dem Stadtplan – so nette Leute hier. Völlig euphorisch steige ich am Alexanderplatz aus. Ein junger Typ drückt mir, bevor ich reagieren kann, eine rote Rose in die Hand. So marschiere ich über den Platz, die Rose wie ein Erkennungszeichen vor mir.

Gegen 15:00 sitzen wir alle im Roten Rathaus, in einem Sitzungssaal, der für uns fünf viel zu groß ist. Erste Sondierungsgespräche ergeben, dass wir alle etwas unsicher sind, wie wir in den nächsten Monaten vorgehen wollen. Immerhin hat die Sache mit den Rechten geklappt, das heißt, für uns sechs wurde die Genehmigung eingeholt, die Romane komplett zu übersetzen und einen Verlag zu suchen. Wir überlegen, wie wir es einrichten können, die Pausen zwischen den Treffen besser zu nutzen, damit die Texte nicht so lange liegen. Dann schaffen wir es sogar noch, den Text von Melanie zu besprechen. Melanie übersetzt Gulasz z turula von Krzysztof Varga. Wir genießen die ungarische Stimmung und überlegen, ob „Er liegt auf niemandes Weg“ nun eine passende Formulierung ist, oder nicht. Schön ist sie auf jeden Fall.

Um 18:00 trennen wir uns wieder. Der Abend wird von allen Teilnehmern unterschiedlich verbracht. Während Katharina und Christian zur Lesung von Olaf gehen, bleiben Melanie und ich zu Hause. Ruhe muss auch sein. Und es hat sich gelohnt. Simon hat gekocht, indisch. Zitronenreis.

– Basmatireis, etwas Curcuma darüber.
– In Öl Chili anbraten, ungeröstete Erdnüsse, zwei Dalarten, so kleinere helle und ganz kleine helle Linsen. Curryblätter dazu. Und braune Senfkörner. Ingwer. Salz. Zucker, Zitrone.
– Alles vermischen.
– Mit den Händen essen!

Den Abend lassen wir bei Musik, Zigaretten und Schüttelreimen ausklingen:

Mit einem starken Schweden ringen
ist schwieriger als Reden schwingen.

Wenn mein Hund zu bellen droht,
geb ich ihm Sardellenbrot.

Und  – kein Schüttelreim – Heinz Erhardt: „Die polyglotte Katze“. Vor allem die folgende Stelle von der Maus:

und wird durch Katzenpfotenkraft
hinweggerafft.

Schluss damit, jetzt wird geschlafen.

Sa., 2. 11. 2013

Um 11:00 treffen wir uns wieder im Roten Rathaus. Arbeit an Christians Text, Szklana huta von Daniel Odija. Wir kommen mit einem Auto-Vielfahrer und verschiedenen Zyten in Berührung (Thrombo-, Leuko- und Erythro-) und einem Mittel als Muntermacher: Kaffee. Das gibt den Anstoß für die anschließende Mittags- und Kaffeepause. Anschließend wieder Textarbeit. Katharina übersetzt Balladyny i romanse von Ignacy Karpowicz. Sie hat da einen echten Glücksgriff getan, ich glaube das finden wir alle. Bevor wir uns trennen, wird mein Text noch besprochen, Bestiarium von Tomasz Różycki.

Während Melanie das Berliner Nachtleben im Kino erprobt, gehen Christian, Katharina und ich noch in eine Kneipe. Dort sitzen wir drei bis Mitternacht und schmieden unsere TransStararbeitverbesserungspläne.

So., 3. 11. 2013

Treffen um 10:30. Textarbeit, Fototermin auf dem roten Teppich im Eingangsbereich des Roten Rathauses und vor dem Portal, und ein abschließendes Organisationsgespräch. Das Ergebnis ist der Beschluss, interne Tandems zu bilden und bis Ende des Monats zehn Seiten zu übersetzen, die der Tandempartner zur Begutachtung bekommt. Im Dezember bekommt die Fragmente  Olaf, damit er sieht, woran wir gearbeitet haben. Das klingt nach einer ganz guten Lösung.

Gegen 13:00 wird es für den ein der anderen Zeit zu packen und abzufahren.

Im Abteil sitzt eine Frau und liest Karpowiczs Balladyny i romanse, das Buch, das Katharina übersetzt. Irgendjemand furzt beständig, wahrscheinlich der junge Mann in der Ecke. Der Zug hat eine halbe Stunde Verspätung. Irgendwann fallen mir die Augen zu, und als ich aufwache sind wir in Warschau. Es ist fast Mitternacht.

 von Marlena Breuer

Hier finden Sie einige Fotos.

„Nikomu nie jest po drodze“… Jak w berlińskim Czerwonym Ratuszu szukaliśmy pewnego zdania

Czwartek, 31 października

I znowu czwartek. Tym razem krótki, za chwilę jadę do Berlina na lokalne spotkanie naszej grupy w ramach programu Trans-Star.

W końcu na dworcu. Delektuję się gorączkową atmosferą na peronie. I zadaję sobie pytanie, jak to jest w chwili, kiedy pociąg rusza. Co się dzieje z dotychczasową nerwowością. Jak czuje się opustoszały peron? Kiedy oczekiwanie i pośpiech znikają wraz z podróżnymi w pociągu?

W przedziale sami Polacy. Dworce, czy raczej mijane stacje dworcowe, są źle oświetlone i nie mają zegarów.

Granica niemiecka, tak nagle. Młody konduktor uprzejmie puka do drzwi, kiedy podnoszę oczy, wchodzi do środka. Uśmiecha się i życzy mi przyjemnej podróży.

Dziwne uczucie. Dopiero od miesiąca jestem w Polsce, a już wszystko wydaje się mi tam oczywiste. A tu nagle wszystko obce.

Kiedy zapisuję te słowa, dojeżdżamy do wschodniego Berlina. Na jednym z budynków obraca się logo mercedesa. Przedział od dłuższego czasu jest pusty, wszyscy Polacy zostali w Polsce, na korytarzu słychać teraz niemieckie głosy.

Członkowie naszej grupy zakwaterowali się w różnych punktach Berlina. Ja do niedzieli mieszkam u znajomego mojego brata, w typowym mieszkaniu studenckim. Zabytkowa  kamienica, olbrzymi korytarz pełen butelek po piwie, na suficie sztukateria, wszędzie mnóstwo brudnych naczyń.

Simon otwiera drzwi z papierosem i popielniczką w ręku. W pokoju obok zwiniętego materaca góra ubrań z ostatnich dwóch tygodni, płyty kompaktowe, talerze. Bałagan na łóżku i na podłodze. Sympatyczny. Kawałek życia.

Dwie godziny, dwa brudne talerze i dziesięć papierosów później Simon wrzuca porozrzucane ciuchy do kosza, wcześniej wyjął spod sterty starych skarpet poduszkę, rozwinął materac i oddał mi swoją kołdrę, która – na marginesie – nieźle leciała tytoniem.

Piątek, 1 listopada

Pierwsze spotkanie ma się zacząć o 14:45, zostaje mi jeszcze trochę czasu, żeby obejrzeć Berlin. Zachwycam się przypadkowo odkrytym po drodze sklepem ze zdrową żywnością. Wspaniały. Gość za kasą mówi do mnie na ty. Ale też inni, też mężczyzna ze znaczkami pocztowymi i ten drugi z planem miasta – wszyscy są bardzo mili. W euforii wysiadam na Alexanderplatz. Jakiś młody gość, jeszcze nim zdążę zaprotestować, wciska mi do ręki czerwoną różę. I tak maszeruję przez plac, z różą w ręku, róża – mój znak szczególny.

Około 15.00 siedzimy w Czerwonym Ratuszu, w jednej z sal posiedzeń, która jest dla nas  o wiele za duża. Pierwsze rozmowy pokazują, że jesteśmy niepewni, jak ma wyglądać nasza praca w kolejnych miesiącach. Ale przynajmiej wyjaśniła się sprawa praw autorskich, cała nasza szóstka ma prawo do tłumaczenia całości wybranych powieści, możemy zacząć rozglądać się za wydawnictwami. Zastanawiamy się, jak wykorzystać lepiej przerwy między spotkaniami, żeby teksty nie czekały zbyt długo na dyskusję. Nawet udaje nam się jeszcze omówić tekst Melanii. Melanie tłumaczy Gulasz z turula Krzysztofa Vargi. Jesteśmy w węgierskim nastroju i zastanawiamy się, czy „Er liegt auf niemandes Weg“ („Plac Wolności nikomu nie jest po drodze”) jest właściwą wersją czy nie. Ale brzmi dobrze.

O 18.00 kończymy. Każde za nas spędza wieczór inaczej. Katharina i Christian idą na wieczór autorski Olafa, Melanie i ja zostajemy w domu. Odrobina spokoju nie zaszkodzi. A na pewno się opłaci. Simon przygotował kolację, pachnie kuchnią indyjską. Ryż cytrynowy.

– Ryż basmati z odrobiną kurkumy.

– Podpiec na oleju papryczki chili, dodać orzeszki ziemne, dwa rodzaje soczewicy dal, mniejsze i najmniejsze jasne. Do tego liście curry. I brązowe ziarenka gorczycy. Imbir. Sól. Cukier, cytryna.

– Wszystko zmieszać.

– Jeść rękoma.

Wieczór kończymy przy muzyce, papierosach i kalamburach:

Kolor z imieniem
gasi pragnienie.  (Oranżada)

Warzywo, umysł, majątek
koniec waśni – zgody początek. (Porozumienie)

I – już nie kalambur – „Kot poliglota“ Heinza Erhardta, szczególnie fragment z myszą:

und wird durch Katzenpfotenkraft

hinweggerafft.

Kończymy. Trzeba się wyspać.

Sobota, 2 listopada

O 11.00 znów się spotykamy w Czerwonym Ratuszu. Pracujemy nad tekstem Christiana – Szklana huta Daniela Odiji. Zajmujemy się nałogowymi kierowcami i „cytami” (trombo-, leuko- i erytrocytami), i kawą jako środkiem na pobudzenie. To daje nam impuls do przerwy obiadowej i filiżanki kawy. Potem wracamy do tekstów. Katharina tłumaczy Balladyny i romanse Ignacego Karpowicza. Ma szczęście do tekstu, co do tego wszyscy jesteśmy zgodni. Na końcu omawiamy jeszcze mój tekst, Bestiarium Tomasza Różyckiego.

Dziś wieczorem Melanie wybiera się do kina, Christian, Katharina i ja idziemy do knajpy. Siedzimy tam do północy i omawiamy „reformę TransStar“.

Niedziela, 3 listopada

Spotykamy się o 10:30. Praca nad tekstami, sesja zdjęciowa na czerwonym dywanie we foyer Czerwonego Ratusza i przed portalem. Końcowa rozmowa. Decydujemy, że utworzymy wewnętrzne tandemy i przetłumaczymy do końca miesiąca 10 stron, które będziemy dyskutować w dwójkach. W grudniu nasze fragmenty dostanie Olaf, żeby był na bieżąco z naszymi pracami. Niezłe rozwiązanie.

Kończymy o 13.00. Mamy jeszcze czas, by się spakować i dotrzeć na dworzec.

Kobieta w przedziale czyta Balladyny i romanse, książkę, którą tłumaczy Katharina. Ktoś popierduje regularnie, pewnie chłopak przy oknie. Pół godziny spóźnienia. W pewnym momecie oczy same mi się zamykają, budzę się, kiedy dojeżdżamy do Warszawy. Zbliża się północ.

Marlena Breuer

-

Ihr Kommentar

Ihre E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert.


Newsletter

Blog

Übersetzungswürfel

Translating cube

Veranstaltungen

Events