Ulrike Almut Sandig: “Salzwasser” (Polnisch)

Übersetzt im Rahmen der ersten Werkstatt (April 2013), 25. Februar 2014
26. 2. 2014

Słona woda

Irina wróciła. Jestem na nią tak samo zła jak w dniu jej wyjazdu. Mimo to kiedy ojciec i ona wreszcie się pojawili, stałam przy oknie.

Nasz fiat jechał za osiedlem domów z ogródkami i robił się coraz większy i większy. Właściwie widziałam tylko jego zielony dach i okna. Przez szyby nie dało się nic zobaczyć, bo w środku było zbyt ciemno. Prawie czarno. Dwa razy znikał za wysokimi żywopłotami. Potem minął również je i skręcił w prawo.

Nasz blok jest jedynym blokiem na obrzeżach wsi, mieszkają w nim przyjezdni, tacy jak ojciec, Irina i ja. Staliśmy się przyjezdnymi od momentu, kiedy mama na dobre wyjechała. Jeśli chodzi o mnie, to mama wyjechała już wieki temu. Wieki temu oznacza, że nie pamiętam dokładnie, jak pachniała, ani jej głosu, ani tego, gdzie mieszkaliśmy, gdy była jeszcze z nami. Ojciec mówi po niemiecku, że w mieście i że byłam jeszcze zbyt mała, zbyt mała, aby cokolwiek pamiętać. Irina mówi po rosyjsku: Zapomnij o tym, Malwuniu. Mama jest zbyt daleko stąd. Lepiej, żebyś miała słabą pamięć. Przyzwyczaiłaś się do tego, bo nie możesz jej sobie dokładnie przypomnieć. Ja się nie przyzwyczaiłam, mówi Irina. Przez ten cały czas nie mogę przywyknąć do myśli, że mama wyjechała na dobre, mówi. „Na dobre” znaczy: nad Morze Czarne. Mimo że mama jest tam już od dawna, Irina rozmawia ze mną po rosyjsku. Bądź co bądź jesteśmy w połowie znad Morza Czarnego, mówi.

Morze Czarne graniczy z Rosją i jest tak daleko, że kiedy tu jeszcze leży śnieg, tam już kwitną malwy. Woda połyskuje czernią jak szkła okularów przeciwsłonecznych, a niebo jest niebiańsko błękitne. Ludzie wciąż chodzą tam pływać i jedzą ryby, jakich tutaj się w ogóle nie widuje. Od kiedy mama pływa w Morzu Czarnym, nie widzieliśmy jej ani razu. Jest zbyt daleko, żeby tak po prostu do niej pojechać, mówi ojciec. Trzeba by polecieć samolotem. Tak więc mama wyjechała. A niedawno w dodatku wyjechała też Irina. Beze mnie. Na całą zimę. Irina wkrótce wróci, powiedział wtedy ojciec. Jest w klinice. Ale ja i tak w to nie uwierzyłam. W jakiej klinice? Irina na pewno jest nad Morzem Czarnym. A nad Morzem Czarnym mieszka mama. Irina tam jest, myślałam więc, że może i ona już nie wróci. Ale wróciła.

Ojciec jechał tak wolno, jakby wiózł w bagażniku coś, co łatwo uszkodzić – pewnie surowe jajka albo świnkę morską dla mnie w prezencie od mamy. Opony zachrzęściły na parkingu, ojciec wyłączył silnik. Z zewnątrz nic nie widać przez firanki, co innego od wewnątrz. Nad siedzeniem obok kierowcy poznałam czarny warkocz Iriny. Nie wysiedli od razu. Przez ciemne szyby widziałam Irinę patrzącą w dal, chociaż przed autem były tylko sztachety płotu. Ojciec odwrócił głowę w jej stronę. Czy coś powiedział? Siedzieli tak przez chwilę. Żadne z nich się nie ruszało, ja też nie. Potem Irina obróciła się i otworzyła drzwi.

W bagażniku leżała jej torba sportowa i nic więcej. Torba jest srebrzysto-czerwona i tak duża, że Irina zabiera ją, gdy jedzie na wakacje. Zazwyczaj wyjeżdżamy razem: ojciec, Irina i ja. Ale jeszcze nigdy nie byliśmy nad Morzem Czarnym. Nad Morzem Czarnym ciągną się kilometrowe promenady z palmami. Jeszcze nigdy nie przechadzałam się po promenadzie. Mama przysyła nam często listy. Czasem ze zdjęciem. Jej blada twarz z kruczoczarnym warkoczem przy balustradzie z białego kamienia, a w tle Morze Czarne. Wkrótce zaproszę was do siebie– stawia długopisem duże, zamaszyste litery. Pójdziemy wtedy razem popływać, a potem upiekę nam rybę. Morze Czarne jest tak naprawdę niebieskie, ale mieni się wieloma odcieniami czerni. Zupełnie tak jak włosy mamy. Irina ma włosy po mamie. Moje są śnieżnobiałe. To brzmi lepiej niż „tlenione”. Ty, biała Malwuniu, jesteś bardziej podobna do ojca, mówi Irina po rosyjsku. Ale to nie mnie wysłał nad Morze Czarne, tylko Irinę z jej maminym czarnym warkoczem. Irina coraz bardziej chudnie, dlatego idzie do szpitala, wykręcał się ojciec. Za mało je. To akurat była prawda. Ale przecież Irina jadła za mało przez Morze Czarne. Przez Morze Czarne i przez te swoje czarne włosy, które wyglądają jak włosy mamy. Irina po prostu denerwowała się przed podróżą. Teraz stali oboje przed domem i spoglądali w górę, mrużąc oczy. Szybko zasunęłam firankę.

Kiedy włożyli klucz do zamka, otworzyłam drzwi. Irina wychyliła się zza pleców ojca i przekrzywiając głowę, uśmiechnęła się do mnie. Długi warkocz zakołysał się na jej ramieniu. Ojciec minął mnie w przejściu i pogładził po czole. Srebrzysta torba upadła za mną na wykładzinę. Irina nachyliła się i cmoknęła mnie w policzek, a jej warkocz musnął moje lewe ucho. Hej, Malwuniu. Jak tam? Ona jedna nazywa mnie Malwunią. Czasem też białą Malwunią. Nad Morzem Czarnym rosną malwy we wszystkich kolorach, również białe. Chociaż biały to właściwie nie kolor. Cześć, Katja, mruknął ojciec za moimi plecami. Wytarłam z policzka całusa Iriny. Nie śpieszyłaś się za bardzo, stwierdziłam. Irina zmarszczyła kruczoczarne brwi. Znów przytyła, nawet na twarzy. Jadłaś dużo ryb? spytałam. Irina na to: jakich ryb?

W pokoju stołowym siedzimy właściwie tylko wtedy, gdy jest włączony telewizor. Wieczorem wszyscy razem, a po południu czasem ja z Iriną, zanim wróci ojciec. Lecą wtedy talk shows, przy których najczęściej opychamy się chlebem z nutellą i popijamy fantę. Kiedy Irina była już całkiem chuda, zjadałam wszystko za nią. Czemu nie jesz? pytałam na początku. Bo to obrzydliwe, odpowiadała. Albo: bo od tego traci się kondycję, a jak próbujesz pływać, to od razu idziesz na dno. Albo: bo mam ochotę na coś innego. Ja: Na co na przykład? Irina: Na słoną wodę. Ja: Ale od słonej wody się rzyga. Irina: No właśnie.

Telewizor był teraz wyłączony. Irina z nogą założoną na nogę siedziała w fotelu. Mimo ciemnoróżowej szminki jej usta wyglądały na spierzchnięte, jak zawsze. Miała bardzo długie paznokcie, a na nich brylanciki, po jednym na każdym. Prawdziwe? wyrwało mi się. Pokręciła głową. Tak w ogóle to wcale nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Ale jednak zaczęłam: No, opowiadaj. Irina zmarszczyła brwi. Mogłaś przecież do mnie wpaść, powiedziała. Jasne, zaśmiałam się. Ot tak, wsiąść sobie do samolotu – i jedziemy. To znaczy lecimy. Cha, cha, cha.

Tata siedział obok mnie na tapczanie. Na szklanym blacie stołu postawił ogromną miskę ciastek. Irina w ogóle nie zwróciła na nie uwagi, lecz spojrzała na mnie ze zdumieniem. Ojciec tylko westchnął i wstał, opierając ręce na udach. No, dziewczyny, powiedział, dajcie już temu spokój. Z pewnością macie ciekawsze tematy. Pokręciłam głową i również się poderwałam. Stojąc w drzwiach, jeszcze się obejrzałam. Irina, zagłębiona w fotelu, gapiła się na wyłączony telewizor.

Po kolacji, która przebiegała w milczeniu i podczas której Irina jak w zwolnionym tempie zjadła jedną kromkę z serem i jedną z kiełbasą, a ojciec przyglądał się jej i na koniec wyciągnął do niej rękę nad stołem zastawionym jedzeniem, po czym tak długo trzymał ją na policzku Iriny, aż wreszcie cofnęła głowę; tak więc po kolacji i zmyciu naczyń siedzieliśmy znów w pokoju.

Ojciec wyjął z szafy karty i wcisnął je Irinie do ręki. Skupiona, tasowała je w milczeniu, podczas gdy on wpatrywał się w nią z uśmiechem. Irina wlepiła wzrok w iskrzące się paznokcie. Wygrałam siedem z dziesięciu partii. Wreszcie Irina wstała, oznajmiła, że w kanastę najlepiej gra się przynajmniej w cztery osoby, i wyprostowana jak świeca poszła spać. Ojciec spojrzał na mnie. Spytałam: Dlaczego ona nic nie mówi o Morzu Czarnym? Ojciec: Jak to o Morzu Czarnym? Ja: Jejku, no to chociaż o mamie? Ojciec długo mierzył mnie wzrokiem, a potem pokręcił głową. Katja, zaczął. No co!? krzyknęłam.

Światło było zgaszone. Irina leżała w ubraniu na łóżku. Gapiła się w sufit. Tapeta w jej połowie pokoju była pokryta kolorowymi plakatami zespołów, które w ciemności wyglądały bezbarwnie. Największy plakat nie przedstawiał jednak żadnego zespołu, tylko jakieś miasto portowe z lotu ptaka. Na pierwszym planie, prawie z brzegu, morze było czarne, ale się nie mieniło. Siedziałam na łóżku i powoli wkładałam piżamę. Dlaczego mama nic ci dla mnie nie dała?

Irina nagle odwróciła głowę w moją stronę, ale nie mogłam dostrzec jej miny. Mama? spytała.

No tak, bo przecież cały czas u niej byłaś. Nie udawaj!

Irina nadal wpatrywała się we mnie. W ciemności jej włosy wyglądały matowo. Potem znów spojrzała na sufit. Może nawet zamknęła oczy. Morze Czarne, zaczęła cicho, wcale nie jest czarne. Jest niebieskie. Każdego dnia inaczej. Nawet w nocy i podczas burzy. Wzdłuż promenad ciągną się ogrody pełne malw, malw we wszystkich kolorach, jakie tylko możesz sobie wyobrazić, także białe. I restauracje rybne. Ryby, wyszeptała Irina po rosyjsku, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy. Pochodzą z wyższych warstw morza, gdzie woda jest krystaliczna, połyskuje w słońcu i nie jest bardzo słona. W głębi jest jednak tak słona, że żadna ryba tam nie wytrzyma. Po jej wypiciu wszystkie giną, Malwuniu. W Morzu Czarnym ryby giną z pragnienia.

Kiedy się zrywam, Irina unosi głowę i zwraca się w moją stronę. Nie widzę jej miny. Nie o to pytałam, słyszę swoje słowa. Nie o to! Nic mi nie chcesz powiedzieć! Byłaś tam beze mnie i chcesz mieć mamę tylko dla siebie! słyszę swój krzyk i bez opamiętania kopię w drzwi.

 

Übersetzt ins Polnische von der TransStar-TeilnehmerInnen; Gruppe Deutsch-Polnisch (Werkstattleiterin Sława Lisiecka)

Quelle und ©: Ulrike Almut Sandig: “Salzwasser” in: Flamingos. Geschichten. Frankfurt/M.: Schöffling und Co, 2010, S. 57–63.

 

-

Ihr Kommentar

Ihre E-Mail-Adresse wird nicht veröffentlicht. Erforderliche Felder sind mit * markiert.


Newsletter

Blog

Übersetzungswürfel

Translating cube

Veranstaltungen

Events